Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

younger brother - a flock of bleeps


younger_brother_-_a_flock_of_bleeps
Twisted Records, 2003


1. Weird On A Monday Night
2. The Receptive
3. Evil And Harm
4. Crumblenaut
5. Scanner
6. Even Dwarves Start Small
7. Magic Monkey Juice
8. The Finger
9. Safety Zone
10. Bedtime Story

Dam sobie rękę uciąć, ze każdy tą płytę zna, ma i kocha miłością pierwsza, czysta i niewinna. I nawet nikomu nie trzeba tłumaczyć, kto ukrywa się za nazwa Younger Brother? Jak to kto? Simon i Benji. Hallucinogen i Prometheus. Dwie osoby z innej bajki, którą każdy zna... Tak czy siak, akurat słucham dzisiaj tej płyty od rana, poszła już ładnych kilka razy, a że nie mam specjalnie nic do roboty, to przynajmniej poukładam sobie co też ja mam na ten temat do powiedzenia.

1. Ok, wiadomo - początek płyty... Nie wypada wejść od razu z grubej rury, wobec czego startujemy z ambientowej stopy, lecz już po paru sekundach wchodzi tak wykręcony wokal, przepuszczony przez jakiś jeszcze bardziej wykręcony efekt, ze mi normalnie ciarki przeszły po plecach. Za chwile pojawia sie krotka melodyjka, która sprawnie buduje napięcie i szyyyyybuuuuujeeeemy! (no tak, właśnie wszedł bit). Jest dobrze! Wręcz bardzo dobrze! Utwór, jak na stajnie Twisted przystało, nie pozwala słuchaczowi się znudzić, jest bardzo urozmaicony, genialnie poprzecinany różnorodnymi samplami. Cały czas się zastanawiam ile pracy kosztowało poukładanie tych skrawków. Wolniejszy utwór, lecz tak zakręcony i gruuuuuvi, ze zawsze się do niego bujam. Mniam!

2. Jedziemy dalej. Wow! Gitarki! Przecież ja tez się tak bawiłem na akustyku słuchając Szpongli... Ale fajowo! No i ten śliczny wokal (francuski?), za którym stoi Michele Adamson. Über-zaje-fajne rozpoczęcie utworu, szkoda ze trochę przykrótkie. Tej gitarki mógłbym sobie jeszcze posłuchać. Około drugiej minuty następuje lekkie wyciszenie i wraca wokal. Później już cala kakofonia rożnych pisków, bębenków i tępych uderzeń, maltretowanych przez cala baterie efektów. Cale szczęście to nie koniec... Tak jest, wraca gitarka, tym razem ciut przesterowana i wokal. Sielanka! Ten utwór również doskonale kołysze, w moim odczuciu jest spokojniejszy od poprzednika, lecz jeszcze bardziej urozmaicony, co sprawia iż płyta z utworu na utwór doskonale się rozwija.

3. Tytuł wskazuje tutaj na zawartość utworu. Już na samym początku mamy jakiegoś złośliwego typa. Bit i bas również jest agresywniejszy. W porównaniu do poprzedniego tracka, o tym można powiedzieć wszystko tylko nie ze "sielanka". Dużo głębsza motoryka utworu sprawia i jest dosyć niepokojący. Nawet gitarka jest jakaś taka spod ciemnej gwiazdy... do momentu aż pod koniec 3 minuty chłopaki jednak wpuszczają parę promyków światła. To daje nam krotki oddech, gdyż później powraca do swej niepokojącej formy. Po pierwszych dwóch utworach taki ciemniejszy track? Tego się nie spodziewałem, ale musze przyznać, ze jest wyśmienity.

4. Kontynuujemy z tą głębią. "Crumblenaut" szybuje na jednostajnym basie i bardziej dubowym spektrum perkusyjnym. Ale Chryste...! W momencie gdy na pierwszym planie pojawia się wokal (ponownie Michele), sięgam po chusteczki, by otrzeć kąpiące mi w otępieniu z jamy ustnej fluidy. Niesamowite. Istna magia! Kręcenie gałkami osiąga tutaj pułap niedostępny zwykłym śmiertelnikom... no, ale przecież nie mamy do czynienia ze zwykłymi śmiertelnikami. Ten kawałek jest najzwyczajniej przepiękny! Prowadzony ślicznymi wokalami, które nigdy nie brzmią tak samo, traktowane z wyczuciem efektami... echo, delay... Psychodub. Czysty geniusz!

5. Tutaj już nabieramy więcej tempa. Utwór jest szybszy, taktowany miarowa stopa i schizowymi dźwiękami, precyzyjnymi jak ciecie skalpelem... Wiadomo, trademark pana Posforda, all rights registered! Od pierwszej do ostatniej minuty klimat jest budowany łagodnie, lecz słuchając uważnie znajdziemy tam mnóstwo różnorodnych sampli i polifonii, łagodnie przechodzącej w coraz to inne odcienie. Jest tez ładny wokal.

6. Ten początek chyba każdy zna (shish, kto nie zna tej płyty, niech mi się nie pokazuje na oczy). "I don't like to work to often, unless it's for something groovy." Yey! Znowu jedziemy szybciej! Od razu mowie, ze jest to jeden z moich ulubionych kawałków na płycie. Od momentu kiedy wchodzi stopa i bas (no fachowcy od basu Astrixa, kto mi potrafi złożyć taka stopę temu wiszę browar na Moondalli) nie sposób usiedzieć na czterech literach, a to jeszcze nic... Ładny akcent z bębenkami, nadaje utworowi polotu, a za chwile już totalnie odrywamy się od ziemi. Może mnie ktoś za to zlinczuje ale kocham wokale w utworach psy (pod warunkiem, że stoi za nimi Posford), a te tutaj to jak zwykle towar pierwsza klasa. Po krótkim szybowaniu, czas przysiąść na momencik na gałęzi i pokiwać z aprobata łebkiem. A jak już tak sobie kiwamy, to w pewnym momencie ni z tego ni z owego, zauważamy, ze rusza nam się jeszcze kilka innych ciekawych części ciała... Control this!

7. Sądząc z intro (reprezentant tzw. Estabishment zwierza nam się, że jak ma czas dla siebie, z dala od pracy, żony i dzieci, to lubi sobie poszaleć) będzie to niezły rakenrol. I w rzeczy samej rakenrol jest niezły, w sam raz na poskakanie sobie w godzinach porannych wokół ogniska, ponieważ track jest wymoczony w bardziej tribalowym sosie. Od czasu do czasu zawodzi sobie jakiś Indianin, a to lubimy, bo jeszcze lepiej nam się wtedy lata po lace. Na parkiecie nie zawodzi, ale uwaga bo nadchodzi...

8. Okej. Proszę zapiąć pasy, nastąpi maksymalnie subiektywny opis tego co się tutaj dzieje. Po pierwsze utwór rusza z kopyta, jeszcze szybciej niż wszystkie poprzednie. Groove, który tutaj mamy, każdego wyrwałby z letargu, zmęczenia, przedawkowania i śmierci klinicznej. W momencie kiedy wchodzi wokal (czy tez raczej jego łagodny przedsmak) nasze dzwiękoczułe kończyny zaczynają żyć własnym życiem, a nam nie pozostaje nic innego niż skapitulować i poddać się ich woli. Pierwszy raz gdy usłyszałem to cudo na openerze, to mnie po prostu tak poniosło, ze po wszystkim znalazłem się 500 metrów od miejsca imprezy, śmiejąc się do księżyca. "It is like a finger that points to the moon. Don't look at the finger or you'll miss all the heavenly glory!" Dobór sampli i aranżacja jest porażająca, wokal dla mnie nie do pobicia (od momentu ukazania się tej płyty nie słyszałem niczego lepszego... serio!). Ten kawałek jest jednym z moich ALL TIME BEST! End. Fucking. Of.

9. "Safety Zone" to ledwie 3-minutowy zjazd ze szczytów emocji, które osiągnęliśmy. Utwór mocno utrzymany w konwencji dub. Jak zwykle ładny dobór sampli, nie pozwala nam się znudzić. Potulnie dajemy się papie Szymonowi i wujkowi Benjaminowi zaprowadzić to łóżeczka. Czas na "Bedtime Story".

10. Tutaj nasza podroż dobiega końca. Ostatnie trzy minuty to idealny czas na zastanowienie się co się w nas wydarzyło podczas słuchania tej płyty. To jest jak koniec dnia, leżymy w hamaku na werandzie, wiatr lekko kołysze nas do snu a zachód słońca i falowanie oceanu uspokajają nasze nerwy. Łagodna gitara i masujący bas, spokojnie otwierają wrota snu. Mój zdecydowany faworyt na tej płycie to oczywiście "The Finger", zaraz za nim "Even Dwarves Start Small", dalej cala reszta.

Ta płyta to jest absolutnie cos co każdy powinien mieć. Już nawet nie będę pisał, ile punktów ma u mnie ta płyta, każdy się może domyśleć. Kocham każdą jej sekundę. Od początku do końca. Simon i Benji pokazali, ze potrafią zrobić muzykę oryginalna, czy ma to być utwór downtempo, czy skoczny numer na openair. Każdy jest wyjątkowy. Mało tego płyta jest zaaranżowana w super sposób. Przy pierwszym słuchaniu nie wiedziałem, gdzie to wszystko poukładać. No bo co to ma niby być? Chill czy psytrance? Pierwsze cztery utwory to zdecydowanie downtempo, jednak ich tempo cały czas rośnie. Od piątego utworu to już psytrance, zaś pod koniec znowu zwalniamy. Kompozycje są same w sobie wysoce psychoaktywne, co jest kolejnym dowodem geniuszu drzemiącego w sercach i głowach tych dwóch panów. Czekam na więcej. Kiedy kolejny Younger Brother?

Emerfau