Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

zoungla - the lines we draw


zoungla_-_the_lines_we_draw
Zoungla, 2016


1. Landsick
2. Cyclopath
3. Waves Of Time
4. Our Land






Drugi album kanadyjskiego wykonawcy o którym - przyznaję się bez bicia - nigdy wcześniej nie słyszałem. To jedno z większych przeoczeń w mojej recenzenckiej historii. ;) Krótko: album-gigant. Płyta roku. Najlepszy psychedelic downtempo/chillout jaki słyszałem od czasu Shulman "aLive" i Shpongle "D.M.T.". Musicie posłuchać - jeśli oczekujecie od muzyki czegoś więcej niż prostego "pim pum pim" - zakochacie się.

To, w jaki sposób ta podróż się rozwija jest po prostu niesamowite. Jesteśmy trzymani za rękę i prowadzeni przez praktycznie wszystkie odmiany muzycznej psychodelii jakie znamy. Krajobrazy muzyczne zmieniają się często i gęsto a z nimi możemy odczuć jakiej transformacji podlega również cała atmosfera na płycie. Różne miejsca, różne czasy. Jest to Muzyczna Podróż Totalna (M.P.T.). Jak już wspomniałem na początku zawdzięczamy ją kanadyjskiemu artyście, panu Costa Damoulianos. Nie wiem kim on jest (z nazwiska powiedziałbym, że to Grek) ale jednego jestem pewien: to geniusz na miarę Simona Posforda. Oj tak. Samemu nagrać coś takiego... chylę czoła. To co stworzył powinno być obecnie grane wszędzie tam, gdzie kiedyś grano i wychwalano Shpongle. Podobnie jak znakomita oryginalna twórczość Kurbeats ("Folktronica"), która wytyczyła nowe ramy interpretacji Posfordowskiej psychodelii, tak teraz Costa Damoulianos przekroczył kolejną barierę. Płynność z jaką zmienia on przed naszymi uszami klimaty na tej płycie jest po prostu niesamowita. A historia którą opowiada? To opowieść z pogranicza baśni o o Kapitanie Lądowstręt poszukującym swojego przeznaczenia i podróży którą odbył aby zjednoczyć się z Wszechświatem. Z braku czasu nie przytoczę tutaj całego streszczenia ale dla zainteresowanych polecam oryginalne wydanie- znajdziecie tam całą historię. Wbrew typowym dla naszej sceny tanim chwytom o "PLUR and We Are One" jest to całkiem fajny kawałek tekstu o wielu ukrytych znaczeniach.

Sam album to także kosmos, żeglowanie po rozległym oceanie, odległe rzeczywistości i wymairy, pojawiają się morscy piraci, są świetne motywy na gitarach. Słyszymy też fortepian, cymbałki, flet, syntezatory, żywą perkusję, trąbki, instrumenty smyczkowe, wszystko ułożone z namysłem ale i z właściwą dla muzyki wybitnej poezją. Niesamowite, jak udanie połączył on wolniejsze momenty na płycie z chwilami kiedy wszystko przyspiesza i porywa nas tajfun tej całej egzotyki. Jeden cudny motyw goni kolejny, nie ma tutaj ani chwili na wytchnienie. Niesamowite! W ogóle sam fakt, że mamy tutaj jakąś historię już o czymś swiadczy. Ten album powinien być tak popularny jak kiedyś "DMT" Shpongle. A ilu z was słyszało o jakimś Zoungla? No właśnie. To pokazuje największy problem naszej obecnej sceny. Komercja i znajomości/kolesiostwo/koteria beztalencia zabiła popularność prawdziwej psychodelii - takiej jak ta, niepodrabialnej i genialnej. Nie da się nagrać takiego arcydzieła przypadkowo albo będąc pozbawionym talentu. To wynik wieloletniego romansu z tym stylem i muzyką samą w sobie, a nie tylko organizatorami wielkich festiwali i gotowymi presetami VST.

Nie jestem w stanie i nie zamierzam opisywać tego albumu, musicie go posłuchać od początku do końca a później zrobić to raz jeszcze... i jeszcze. Momentami przypomina mi arcygenialny Shulman "aLive" w którym również użyto takiej ilości żywych instrumentów. Emocje które przed nami roztacza zmieniają się jak w kalejdoskopie- od smutku do radości, poprzez melancholię i zabawę do powagi i dźwiękowych wygłupów. Dawno nie było tak elitarnego albumu który jednocześnie jest niesamowicie przystępny i jak to przystało na prawdziwą muzykę- łączy a nie dzieli. Po raz pierwszy od dawna możemy poczuć 100% satysfakcję po odsłuchaniu całej płyty. Jedyny minus to to, że cała podróż trwa niewiele ponad 45 minut ale głębia i różnorodność tego materiału jest tak wielka, że nie odczujemy żadnego niedosytu. Już to jest samo w sobie nieprawdopodobne. Ten album zawiera w sobie wszystko, za co pokochaliśmy Kurbeats i ich "Folktronica" czy Shpongli i ich pierwsze cztery albumy. Jest tutaj żywa, pulsująca energią muzyka. Niewiarygodne melodie, cudowne dźwiękowe pejzaże, intrygujące (i jakże znajome) moje ulubione arpeggio... niesamowita nieprzewidywalność całej podróży i wspaniała wibrująca psychodelia.

Nie było takiego albumu od bardzo dawna. Nie mogę wyjść z podziwu. To, co z początku wydało mi się nieco dziwnym eksperymentem przeistoczyło się w... absolutny top tego roku, i zdecydowanego faworyta ostatnich lat. Osobiście, sądząc po poziomie obecnych wydawnictw nie uważam abym zbyt szybko znowu wystawił maksymalną ocenę tak łatwo i bez żadnych wątpliwości jak w tym wypadku. Jeśli mielibyście zakupić jedną jedyną oryginalną płytę w tym roku, powinna nią zostać "The Lines We Draw".

Ocena: 10/10

JetMan