Welcome to the Polish Psychedelic Trance Portal

dragonfly classix


dragonfly_classix
Dragonfly Records, 1997


CD 1

1. Total Eclipse - Aliens
2. Hallucinogen - LSD
3. Omputer - Space Midi
4. Doof - Double Dragons
5. Phreaky - Tornado
6. Green Nuns Of The Revolution - Optimum Creakage
7. Man With No Name - Teleport
8. Black Sun Feat Bryan Barret - Cosmic Courier
9. Genetic - Trancemission
10. Black Sun - Fat Buddha

CD 1

1. Mandala - Utopia
2. DMT - DMT
3. The Infinity Project - Time And Space (Black Sun Rmx)
4. Baba G - Dig A Jig
5. Black Sun - Ligea
6. Space Tribe - You Can Be Shiva
7. Elysium - Trancelestial Psychobabas
8. Chakra And Avi - Insignificant Form Of Life
9. The Infinity Project - Time And Space

Cofnijmy się nieco w przeszłość, konkretniej do roku 1997. W tym roku wydawnictwo Dragonfly zaskoczyło nas dwupłytową kompilacją z prawdziwego zdarzenia. I muszę przyznać, że było to miłe zaskoczenie. Jest to jedna z tych składanek, na której każdy znajdzie coś dla siebie - a widząc, że całość wyszła "spod igły" Dragonfly można się spodziewać, że żadnej kaszany tu nie uświadczymy - nawet wręcz przeciwnie... Mamy tu aż dwie ciekawe płytki - obie równie wyjątkowe. A co na nich? - zapytacie. A no są tu między innymi takie szlagiery jak "LSD", "Teleport", "Aliens" wiadomych wykonawców... Czy wspomniałem o TIP, Doof, Elysium oraz całej reszcie równie znakomitych grup i ich utworów?

CD 1

1. Na sam początek małe co nieco z twórczości Total Eclipse. I bardzo słusznie zresztą, bo "Aliens" to już dziś klasyk przez duże K. Stary to już kawałek, lecz nadal jest dobry, świetny zarówno do domowego odsłuchu jak i do parkietowych eskapad w ślad za tytułowymi kosmitami.

2. Czym byłaby dobra kompilacja bez psychedelicznych kropelek Hallucinogena? Teksty Timothey'ego Leara poprzedzające jeden z największych klasyków, jak i sam utwór na zawsze pozostaną w umysłach wielu ludzi, którzy zetknęli się z "LSD"... Utwór ma już tyle lat a wciąż trzyma formę, wciąż brzmi świeżo i na czasie, podczas gdy wiele innych grup dopiero odkrywa światy, które wszak już dawno temu zostały spenetrowane przez Posforda. Cóż więcej pisać, przeżywajmy ponownie naszą "transową młodość"...

3. Omputer zmajstrował całkiem fajny utwór, wcale nie brzmi jak midi :) Początek dość niewinny (nawet humorystycznie; "It is time for some fun!"), lecz słychać że w tle kołacze się spora porcja energii i wrażeń. Prawdziwa psychedeliczna szajba zaczyna się na dobre po 2 minucie utworu. Bardzo hipnotyzujący kawałeczek. "Now, we will take a short nap." Sweet...

4. Zakwaszone pętle i mocne śrubeczki "Double Dragons" w akompaniamencie soczystego beatu wprowadzają lekki posmak chaosu w obcowaniu z klasykami. I chociaż nie chcę tu akurat nikogo specjalnie faworyzować, to jednak przyznam się, że jest to jeden z tych utworów, dla których warto było kupić tą kompilację.

5. Nie mogło zabraknąć tu też Ofera. Początkowo nic nie zapowiadało, że utwór będzie aż tak igrał z odbiorcą. Dalej wraz z upływem czasu można się jednak przekonać, iż z całą pewnością nie jest to jeden z tych łagodnych utworów - o nie! Już po chwili towarzyszy nam znajomy beat, słychać także dziwne przejmujące piski i jazgoty (czy tak zachowuje się tornado? :)). Całość bez żadnych skrupułów porywa nas z siłą tytułowego tornada.

6. Utwór Nunsów nie jest może zbyt specjalnie skomplikowany - Siostrzyczki cały czas kontynuują ten sam wątek, jednak cel ten jest chyba zamierzony. "Optimum..." jest w swojej prostocie bardzo hipnotyczny i potrafi zdziałać wiele swoimi powykręcanymi zapętlonymi dźwiękami, które z łatwością wdzierają się pomiędzy neurony. Zaskoczeniem była dla mnie końcówka utworu, do złudzenia przypominająca skrzypienie starych drewnianych drzwi. Jak się okazało te drzwi otwierają nam teleportacyjną furtkę do świata MWNN.

7. Kolejny kawałek z długą brodą. "Teleport" to jeden z najbardziej znanych kawałków transowych na świecie. Z racji tego, że ta płyta to same klasyki nie mogło się obyć bez tego. Pisanie o tym utworze byłoby chyba błędem: "Teleport" słyszał chyba każdy fan transu; świetne motywy chóralne no i typowa dla Mana, lekko "disco-deliczna", atmosfera... Słysząc jego nowsze utwory i porównując je do starych kręci się łezka w oku na myśl "Jak taki artysta mógł tak spaść?".

8. Oto gdzie zaczyna się na nowo magia. Już od poprzedniego utworu widać / słychać wyraźnie zwolnienie tempa. Panowie z Dragonfly postanowili najwyraźniej dać swoim słuchaczom trochę odpoczynku aranżując dla nas melodyjną podróż, co Black Sun wraz z Bryanem B. czynią skwapliwie od samego początku. Dające się słyszeć w tle mantry wzmagają magię i iluzję utworu - wszystko ani za szybko ani za wolno lecz w sam raz (tak aby nie wypaść z jazdy wraz z tytułowym kosmicznym kurierem)... Odbieramy jakąś... Transmisję...

9. Nasza muzyczna relaksująca podróż zdaje się trwać dalej gdyż wraz z "Transmission" zwalniamy tempo coraz bardziej, a trzeba przyznać, że ten utwór działa bardzo kojąco (no, komuś może przeszkadzać lekki beat). "Transmission" to jeden z tych utworów, które posiadają prawdziwą GŁĘBIĘ. Iście anielskie klimaty...

10. Ostatni track z pierwszej płyty wyprowadza nas z lewitacji na granicy różnych światów i swoim patetycznym tonem zachęca do tripowania, jednak już na innych warunkach niż np. w dwóch poprzednich utworach. Warunki jakie stawia Gruby Budda są jednak do przyjęcia. Wszystko rozkręca się nader zachęcająco, skutecznie pogrążając nas w transie (służyć mają ku temu zwłaszcza pierwsze minuty utworu, oraz miły orientalny posmak). Dalej nieco eksperymentu, ale główny wątek powraca z równie wielkim rozmachem jak rozpoczęcie "Fat Buddha".

CD 2

1. "Mandala" to combo Posforda i Martina Glovera (Youth, Killing Joke), którzy dość szybko otwierają woreczek z magicznym pyłkiem i już koło 1 minuty trwania utworu mamy efekty tej magii... Ze względu na liczne znajome "posfordyzmy" "Utopia" momentami przypomina "Trancespottera" Hallucinogena. Szybki i bardzo przyjemny dla słuchacza utwór.

2. Jako drugi na płycie pojawia się Graham Wood znany głównie z The Infinity Project, tym razem jako solowy projekt DMT. "DMT" to bardzo mroczny i dość ciężki w odbiorze utwór, czemu się znowu specjalnie nie dziwię. Tempo nie jest zbyt szybkie (po nieco morderczej "Utopii" takie rozwiązanie wydało mi się w sam raz), wszystko spowite jest wyjątkową tajemniczą atmosferą. Całość przypomina troszkę twórczość Juno Reactor. Track doskonale nadawałby się jak soundtrack do jakiejś klimatycznej gry komputerowej - moje stwierdzenie niech potwierdza mistrzowsko budowane tło muzyczne a wszystko stanie się jasne.

3. Nie jest to co prawda najlepszy utwór The Infinity Project, spodziewałem się czegoś lepszego, czegoś tu brakuje. To chyba jedyny track na tej kompilacji, do którego miałbym lekkie zastrzeżenia. Czy można podczas słuchania tego utworu powiedzieć to co mówi do nas tajemniczy głos: "I was floating (through) time and space"? Posłuchajcie sami...

4. Kolejny współprojekt Posforda na tej płycie, tym razem przygrywa razem z Chesterem tworząc niezwykłą perełkę muzyczną. Początek jest obiecujący - klimat jakiegoś parku or something, świergoty ptaków i uroczy kobiecy głos. Ciekawy, lekko nawiedzony kawałek (te kobiece "pojękiwania" oraz nawoływania upiorów ;), utrzymany w wolniejszej tonacji. Szkoda, że Baba G i wcześniej wspomniana Mandala zdają się już nie tworzyć żadnych nowych utworów

5. Są dobre i złe utwory. "Ligea" do tych złych nie należy. Jest to b. melodyjny kawałek, z dużą dozą miłych akcentów. Magiczny pyłek, którym dysponowali muzycy parę utworów wcześniej jeszcze nie stracił swojej mocy - i tak ma być!.

6. Jak już się zorientowaliście na wizerunek Classix'ów wpłynął także Olli Wisdom. Intro utworu jak żywo przypomniało mi scenę z pamiętnego filmu "Bliskie spotkania III stopnia" kiedy to setki ludzi modliły się na jeden rytm. Zrealizowany bardzo pomysłowo i oryginalnie, ze szczyptą typowego dla Space Tribe kwasiku + kilku magicznych spejstrajbowych sampli. Track w miarę upływu czasu wcale nie traci swojej głębi, wprost przeciwnie, chęć bycią Shivą (lub czymkolwiek, jak to nam się sugeruje) jest coraz silniejszą i wzmaga się wraz z trwaniem muzyki.

7. Siódemka to jeden z tych utworów, których aż zgroza słuchać na discmanie w środku nocy w np. mrocznym parku (a tym bardziej po jakimś "specyfiku" ":)). Niemal nie sposób wymienić wszystkich zalet tego kawałka, poczynając od szybkich zmian klimatów czy świetnych sampli wilków. Grzechem byłoby opisywanie tego utworu. Tego nie sposób opisać! Weird...

8. "Insignificant..." jest jednym z wolniejszych utworów na tej płycie. Jeżeli o mnie chodzi to utwór ten zdaje egzamin za każdym razem - nic nie jest tu zbyt nachalne, dźwięki są powiązane ze sobą nader dobrze. Na uwagę zasługuje piękne tło muzyczne (po 7 minucie) pełne nostalgii... Słuchajcie i... płaczcie...

9. Na zakończenie Dragonfly prezentuje nam oryginalną wersję "Time And Space", która prezentuje się niebo lepiej niż lekko mdły remix. Tak oto nasz czas z Dragonfly'em dobiega końca... A całość aż się prosi o to by puścić ją raz jeszcze... "Time and Space... Time and Space... Time and Space..."

Łącznie mamy tu dziewiętnaście zróżnicowanych utworów, które można słuchać wszędzie i o każdej porze. Nie ma tu praktycznie żadnych nieprzyjemnych, wszystkie utwory są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Gdybym miał, załóżmy, wybrać jakąś transową składankę na bezludną wyspę to kto wie czy nie byłaby to właśnie ta pozycja, będąca wciąż miłym wspomnieniem "Złotej Ery" sceny transowej. Jak ktoś świetnie to ujął "Classix są tym, czym jest Mozart dla muzyki klasycznej a Monet dla impresjonizmu". Dla fanów starych dobrych klimatów jest to obowiązkowa pozycja. Jeśli ktoś się jeszcze do niej nie przekonał to niech spojrzy na listę artystów.

PS. W 1998 Dragonfly wydał kompilacje pod tytułem "A Voyage Into Trance vol. 2" - całość (2 płytki) zawiera dokładnie te same tracki (i w tej samej kolejności) co "Classix".

Ocena: 9/10

Templar